,
Siano pod obrusem, wyglądanie pierwszej gwiazdy na niebie, opłatek, barszcz, karp, kutia, makowiec, kolędy, prezenty… – polska tradycja świąteczna jest piękna, magiczna, niepowtarzalna. I bez względu na okoliczności kultywujemy ją. A jak jest w innych krajach?
Ogórek, kiełbasa i… nugat
Zacznijmy od naszych zachodnich sąsiadów, bo to w końcu od nich świat przejął najbardziej powszechny, bożonarodzeniowy zwyczaj dekorowania choinki. Niemieckie święta pachną marcepanem. To podstawa wielu słodkości pochłanianych w tym okresie. Hitem jest tort marcepanowy czy marcepanowe kluseczki.
– A kolejny, kluczowy składnik świątecznych słodkości to nugat – mówi mieszkający w Polsce Vincent Helbig, znany w internecie jako „Wasz Niemiec”. – Jeśli zaś chodzi o dania typowo wigilijne, nikt za Odrą nie przygotowuje ich aż 12, tak jak nad Wisłą. Wystarczy kilka. W moim rodzinnym domu obowiązkowo musi być pieczona gęś z czerwoną kapustą i knedlami. Nieodłącznym elementem świątecznej kolacji chyba w całym kraju jest za to kiełbasa z sałatką ziemniaczaną.
Zabawnym zwyczajem jest ukrywanie na choince ogórka. Wiesza się go między ozdobami, a kto pierwszy go znajdzie, dostaje dodatkowy prezent i ma zapewnioną pomyślność w nadchodzącym roku. Podobnie jak w Danii, gdzie łaskawość losu zapewni sobie ten, kto w ryżowym puddingu migdałowym znajdzie całego migdała.
Toskańczyk aż pali się do zabawy
Z ziemi włoskiej płyną do Polski całkiem inne wieści na temat bożonarodzeniowych rytuałów. Najprościej sprowadzić je można do trzech „p”: presepe, panettone i pandoro. Presepe to szopka, do której zamiłowanie Włosi mają chyba jeszcze większe niż Polacy. A panettone i pandoro to oczywiście drożdżowe ciasta – pierwsze z kandyzowanymi owocami, a drugie bardziej zbite i bez dodatków. Co ciekawe we Włoszech na wigilijną wieczerzę gdzieniegdzie serwuje się 13 dań, o jedno więcej niż u nas, bo choć apostołów było 12, to w końcu zasiadał z nimi do stołu także Jezus.
By nie zaglądać jedynie we włoskie talerze, rzućmy okiem na tamtejsze ulice. W Rzymie spotkać można grających na ulicy dudziarzy zwanych zampognari, koncertujących wspólnie z flecistami, m.in. przy wspomnianych szopkach, bo w przekazach zachowała się legenda, że gdy spotkali Dzieciątko Jezus, muzykanci (głównie pasterze) też akurat pięknie grali.
Świąteczne włoskie wieczory dają niektórym popalić. Dosłownie. W niektórych toskańskich wioskach podpala się ogromne stosy z drewna, tworząc ogniska (w rejonie Garfagnana buduje się z gałęzi nawet dwudziestometrowe wieże), wokół których gromadzą się miejscowi.
Kto nie pali się do takiej rozbuchanej płomieniami rozrywki, może wrzucić do kominka ceppo, czyli tzw. kłodę toskańską, którą język ognia trawi powoli, dostojnie. Ciepłe światło bijące od tych wszystkich atrakcji oznacza płonącą przez całą noc nadzieję.
Ług szczęścia, czyli dlaczego wymiotło miotłę?
W Norwegii świąteczny zapach może być zupełnie inny niż dymu z włoskiego drewna. Eksplorując nordyckie zwyczaje bożonarodzeniowe, na rybkę warto spróbować lutefisk, czyli suszonego dorsza. Przygotowanie go zajmuje prawie dwa tygodnie. Zaczyna się od moczenia ryby przez kilka dni w wodzie, a później w… ługu. Tak, tak! W substancji żrącej. Po tej przedziwnej, również kilkudniowej kąpieli dorsz wraca do naczynia z wodą, a gdy jest gotowy do jedzenia, serwuje się go z bekonem i purée z groszku. Nie ma co ukrywać – lutefisk śmierdzi przeokropnie, ale co tradycja, to tradycja. Jeśli komuś ona nie w smak, życzliwy Norweg podsunie nam ichniejsze żeberka, podawane na dwa sposoby. A zjeść je warto po wyczerpującym dekorowaniu choinki, co robi się tam dopiero 23 grudnia.
I nie przejmujcie się, jeśli w norweskim domu zobaczycie w święta kurz na podłodze, bo zwyczaj nakazuje chowanie w Wigilię mioteł, by złe duchy ich nie ukradły i nie odleciały na nich psocić w świecie. Jeszcze mała podpowiedź: gdybyście w święta trafili do Norwegii, nie spierniczcie wyjątkowej okazji i jedźcie do Bergen, bo właśnie tam odbywa się budowanie ogromnego, piernikowego miasta, w którego powstawanie angażują się tysiące ludzi.
Trolle nieinternetowe, ale też złośliwe
Skoro zawędrowaliśmy już w nordyckie klimaty, wikińskim tropem przeskoczmy na Islandię. Wielbiciele Mikołaja mogą być zszokowani tamtejszą tradycją, w której zastępuje go 13 Chłopców Bożonarodzeniowych, nazywanych też Bożonarodzeniowymi Trollami.
Według legendy opiekuje się nimi jedząca dzieci olbrzymka Gryla (to już chyba wiemy, skąd subtelne okrucieństwo w islandzkich kryminałach), a każdy z trolli od 11 do 24 grudnia psoci w inny sposób.
Przez lata ich działania złagodniały i dziś chłopaki mają odpowiadać tylko za zostawianie prezentów w dziecięcych butach albo… zgniłych ziemniaków dla maluchów, które były niegrzeczne.
Według przekazów Gryla mieszka w jaskini z Kotem Bożonarodzeniowym, który również zasmakował w ludziach. Ech…
To może już lepiej przenieśmy się gdzie indziej? Choćby do Grecji, gdzie też mają swoje stworki kallikantzaroi. Przybywają one na ziemię 24 grudnia i chuliganią aż do 6 stycznia. Grecy zostawiają im na dachach loukuomades, czyli słodkie pączusie, i loukanika (kiełbaski), bo w każdym z nich zupełnie jak z Polakiem: stworek głodny, stworek zły.
U Messiego grają cydrem
Ale lećmy dalej, do Argentyny, bo tam też jakby swojsko zapachniało. No jasne – to zapach grilla! Zwany jest on przez tubylców asado i bez niego nie może się obyć żadna poważna, rodzinna impreza, także świąteczna. Oprócz smakowitych kęsów najlepszej argentyńskiej wołowiny hitem kulinarnym jest vitel toné – dość zaskakujące połączenie, opierające się na cielęcinie i sosie z tuńczyka.
To i wiele innych dań ma podejrzanie włoski smak oraz nazwę. Okazuje się, że imigranci z kraju pizzy przywieźli tam ze sobą swoją kuchnię. Na pewno jednak nie odpowiadają za zwyczaj wznoszenia toastu cydrem lub szampanem.
– Koniecznie o północy, podobnie jak w sylwestra – mówi Rodrigo Ibañez, argentyński piłkarz Hetmana Zamość. – Bez niego łaskawości losu nie będzie.
Francuskich świąt raczej nie podrobisz
Czy są na sali wielbiciele owoców morza? Jeśli tak, mogą się śmiało wprosić na francuskie święta, bo tam nawet zupa ma nazwę i smak jak z terapeutycznej bajki dla rybolubów: bisque de homard. Tę kremową pyszność z homarem i z warzywami można jeść z bagietką albo smażonym chlebem.
– W moim polsko-francuskim domu na stole świątecznym zawsze też były ostrygi, muszle św. Jakuba, ale i ślimaki – opowiada Pascal Brodnicki, znany kucharz. – W północnej części kraju, gdzie mieszkałem, ceni się też podroby, co dla wielu może być trudne do przełknięcia.
Nie odpinają wrotek nawet w upały
Nie do podrobienia są na pewno Las Patinatas, czyli wenezuelska tradycja jazdy na rolkach na poranne msze w okresie Bożego Narodzenia. Od 16 do 24 grudnia, przed wschodem słońca, setki ludzi przemierzają właśnie na rolkach czy wrotkach ulice (zamykane wtedy dla ruchu samochodowego), by zdążyć na wczesne nabożeństwo, zwane misa de gallo, czyli msza koguta (na pamiątkę tego, który zapiał o świcie przed wyparciem się Jezusa przez św. Piotra i przypomniał, by zawsze być czujnym).
Jadący często mają na głowie czerwone czapki albo całe mikołajowe stroje, mimo upałów sięgających 30 stopni. Ci, którzy nie są rannymi ptaszkami, mogą pojeździć także w nocy i robią to całymi rodzinami.
Kupa śmiechu w Barcelonie
Pozostańmy w obszarze języka hiszpańskiego i wróćmy do Europy. Gdy w okresie bożonarodzeniowym będziecie w Barcelonie, koniecznie przyjrzyjcie się tamtejszym szopkom.
Oprócz Świętej Rodziny zobaczycie w nich również figurkę kucającego jegomościa z opuszczonymi spodniami, który robi… Tak, niestety nie mylicie się. Robi właśnie to. To El Caganer, znany turystom także jako Crapper i może lepiej tego nie tłumaczmy. A skąd się tam wziął? Nie ma jednoznacznej odpowiedzi, podobno ma symbolizować nawożenie gleby i obfite plony albo ulgę w cierpieniu. Jedno jest pewne – kto go w szopce nie umieści, ten będzie do kolejnych świąt biedny. A Hiszpanie, jak każdy naród, lubią mieć pieniądze, co podkreśla też masowy zwyczaj kupowania losów na bożonarodzeniową loterię zwaną Grubasem (El Gordo), w której do wygrania jest gruba forsa.
Kurczę pieczone! Święta być muszą!
Bywa i tak, że nawet kraje bez bogatej tradycji chrześcijańskiej doceniają świąteczną atmosferę i tworzą własne zwyczaje. Japończycy w tym okresie obowiązkowo muszą się wybrać na posiłek do popularnej i u nas sieci serwującej pieczone kurczaki. A miliony ludzi zamawiają tzw. świąteczny kubełek.
Wesołych i spokojnych!
Co robić, jeśli już się najedliśmy, naśpiewaliśmy kolęd czy nagadaliśmy? Możemy pooglądać telewizję. O ile u nas nieśmiertelną, świąteczną rozrywką jest „Kevin sam w domu”, o tyle w Niemczech czy w Skandynawii uwielbiają „Drei Haselnüsse für Aschenbrödel”, czyli „Trzy orzeszki dla Kopciuszka”, kultową baśń w czechosłowacko-niemieckiej wersji.
Które z nietypowych, świątecznych zwyczajów znalazły Wasze uznanie? Które moglibyście wprowadzić u siebie? Od razu życzliwie radzimy: zabaw z włoskimi ogniskami czy rolkami nie próbujcie w domu! Bo spokój to w święta najlepszy prezent.
To wesołych i spokojnych!
Krzysztof Rajczyk, dziennikarz, autor tekstów piosenek